środa, 4 marca 2015

ŻYCIE NA KREDYCIE - POST GOŚCINNY BABA MA DOM


Tym razem zapraszam do przeczytania posta, który gościnnie napisała Dorota z bloga BABA MA DOM. Mądra kobieta, która mądrze zarządza swoim budżetem domowym i ma bardzo "zdrowe" podejście do kwestii kredytu hipotecznego. Co podoba mi się najbardziej na blogu Doroty? Zdecydowanie rozwój, który zauważam i który bardzo cenię! Koniecznie przeczytaj to co napisała a później...



 wejdź na jej fanpage, gdzie aktualnie odbywa się konkurs!

_________________________________________________________

Kiedy dzisiejsza statystyczna Polka będzie za kilkadziesiąt lat przeglądała z wnukami album z rodzinnymi zdjęciami (zapewne w jakiejś futurystycznej wersji – holograficznej projekcji lub czegoś podobnego), wówczas jej rozmowa z wnukami mogłaby wyglądać następująco:
- Babciu, babciu! A kto to jest?
- To jest Wasz dziadek.
- To nie jest nasz dziadek, nasz przecież nie ma włosów. A co to za paskuda tam z tyłu? Ciocia Beatka?
- Nie, to nie ciocia. To kredyt hipoteczny babci i dziadka.

Ten kredyt hipoteczny towarzyszy wielu rodzinom w tak namacalny sposób, że mógłby z nimi wręcz pozować do familijnej fotki. Na dobre i na złe, w słońce i w niepogodę. Kiedy przychodzi co miesiąc pensja od pracodawcy, on pierwszy siada do uczty. On musi się najeść do syta, jak lew przywódca-stada, a co zostawi, ma wystarczyć dla reszty stada, przepraszam, dla rodziny z kredytem. Nie inaczej jest w mojej rodzinie, ponieważ zakup naszego bliźniaka finansowaliśmy z kredytu.

Jak oswoić taki kredyt i jak żyć z nim pod jednym dachem? I jak oszczędzać?

Po pierwsze, trzeba pamiętać, że z pustego i Salomon nie naleje. Comiesięczna antylopa, czy to od pracodawcy, czy z własnej działalności, musi być na tyle tłuściutka, żeby starczyło i na kredyt, i na życie. Jeśli taki rachunek by się nie domykał w ewidentny sposób, to nie ma sensu ładować się w zakup domu czy mieszkania, choćby nie wiem, jak namawiało nas do tego serce (lub doradca kredytowy, co chyba jest nawet częstszym przypadkiem).
Po drugie, trzeba się nauczyć gospodarować posiadanymi środkami finansowymi z głową, czyli bez przegięć w którąkolwiek stronę. Trudno jest przecież wszystkiego sobie odmawiać, bo nie wytrzymamy w ten sposób trzydziestu czy nawet więcej lat, a na tyle bierze się przecież kredyty hipoteczne. Pewnego dnia jasny szlag nas trafi, stwierdzimy, że żyje się tylko raz i jak pójdziemy w hedonistyczny tan wydawania pieniędzy, to trudno będzie wrócić do normalności. Oczywiście, nie wolno rozgrzeszać w ten sposób każdego wydatku, czasem trzeba się trochę umartwić. Kiedy kupowaliśmy dom, to zrezygnowaliśmy z corocznego wyjazdu na wakacje. Przykro było, ale wydawanie sporej sumy pieniędzy na wyjazd w sytuacji, gdy były potrzebne do wykończenia domu, byłoby mało rozsądne. Co prawda nasze córki trochę się boczyły na początku na nowy nabytek, bo „przez ten dom nie jeździmy na wakacje”, ale chyba już poznały także jego uroki i polubiły go (zwłaszcza fakt, że każda ma wreszcie swój pokój i wymarzony ogród do zabaw).

Wszyscy fachowcy od oszczędzania podkreślają, że trzeba mieć poduszkę finansową, czyli trochę odłożonych pieniędzy na czarną godzinę. My odkładamy na trzech subkontach, na które muszą co miesiąc trafić określone sumy. A potem zapominamy o tych pieniądzach, czyli w ogóle ich nie bierzemy pod uwagę przy wydatkach. Jeśli kiedyś będzie NAPRAWDĘ konieczne sięgnięcie do tych pieniędzy, to trudno, sięgniemy. Jeśli nie, to przydadzą się w przyszłości w innych, zbożnych celach (np. dla nas na dodatkową emeryturę, a dla dziewczyn na studia / wkład własny na mieszkanie / posag :), w zależności od ich planów). Na powyższe konta trafiają też czasem jakieś ekstra wpływy.

Od kilku już lat wyjazdy wakacyjne finansuje nam urząd skarbowy. Zanim jakiś inspektor kontroli skarbowej zacznie drążyć ten temat wyjaśniam, że kiedy rozliczamy wspólnie PIT-a, to zasadniczo mamy zwrot i to z reguły taki całkiem, całkiem. Na wakacje staramy się wydawać tylko te pieniądze ze zwrotu.

Używamy karty kredytowej, ale stosujemy tutaj żelazną zasadę, żeby spłacać zadłużenie z niej w terminach płatności. Grace period na karcie i możliwość odsunięcia od siebie w czasie niemiłych wydatków to fajna sprawa, ale odsetki od zadłużenia po tym periodzie już zdecydowanie fajne nie są.

Decyzja o zakupie domu była szybka choć marzenia o nim trwały od kilku lat. A szybka bo w ostatnim roku w jakim tak naprawdę mogliśmy bez dodatkowych obciążeń finansowych pozwolić sobie na wprowadzenie takich atrakcji w nasze życie. W zaledwie pół roku później miały zmienić się warunki przyznawania kredytów przez banki, wkłady własne od 5 % w górę, dodatkowe ubezpieczenia, itp., itd. Teraz albo nigdy. I tu uważam, że to co nas ominęło było oszczędnością. Jeżeli nawet nie, to obecnie byłoby sporym obciążeniem i kto wie czy nie do przeskoczenia.

Poprzednie mieszkanie nie poszło na sprzedaż. Nie było takiej potrzeby – raz, że rynek nie sprzyjał sprzedaży, dwa znalazł się najemca, który szukał dokładnie tego co my oferowaliśmy. Więc wpływ z najmu pokrywa nam częściowo ratę za dom. A lokal może kiedyś posłuży na start któremuś dziecku?
Oczywistością dla osoby zajmującej się wnętrzarstwem jest racjonalizowanie wydatków na dom, np. wyposażenie go w żarówki LED i wyłączniki czasowe prądu, czy też dogrzewanie jesienią i wiosną kominkiem zamiast gazem. Na marginesie, stwierdziliśmy niedawno ze zdziwieniem, że ogrzewanie naszego dobrze ocieplonego domu kosztuje nas nieco mniej, niż ogrzanie naszego poprzedniego mieszkania, które deweloper wykonał w technice bardziej chyba nadającej się na Teneryfę niż na polskie warunki.

No i na koniec ważna rzecz: każdy wydatek powyżej pewnej kwoty, albo dotyczący dłuższego okresu czasu, powinien być uzgodniony przez obie Wysokie Umawiające Się Strony, czyli przez Żonę i Męża. Nie da się uniknąć dzięki temu wtop, takich jak np. lekcje baletu dla starszej córki, zarzucone przez nią bez większych efektów po pół roku, ale chwila wspólnej refleksji nad wydatkiem nie zaszkodzi. A skoro jesteśmy przy decyzjach dotyczących wydatków, to wnętrzarstwo i DIY są o tyle specyficznymi zainteresowaniami, że mogą kosztować zarówno dużo pieniędzy (właściwie chyba bez górnej granicy), jak też mogą kosztować naprawdę niewiele. Zależy to od naszego gustu, upodobań i umiejętności, więc pole do popisu jest spore. Czasami zatem mogę sobie kupić designerski dodatek, a czasami mogę usiąść i wydziergać coś sama. Podobno dobry artysta to głodny artysta . Tak źle oczywiście nigdy nie było (i mam nadzieję, że nie będzie), ale podejrzewam istnienie zależności pomiędzy zasobnością portfela a poziomem kreatywności.

2 komentarze :

  1. Bardzo fajnie spersonifikowanie kredytu hipotecznego i dosłownie ukazane życie wraz z nim.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi ten opis również bardzo się podobał! :)

    OdpowiedzUsuń