sobota, 28 lutego 2015

ŻYCIE NA KREDYCIE - POST GOŚCINNY REFRESZING


Dzisiejszy post gościnnie napisała Paula z bloga REFRESZING. Jest to dla mnie jeden z najbardziej inspirujących blogów. Gdy znalazłam się na nim po raz pierwszy, byłam zachwycona ilością pomysłów i ilością zrealizowanych DIY. Oprócz tego, że Paula daje drugie życie meblom i innym przedmiotom, świetnie potrafi motywować. Do czego? Do wzięcia życia w swoje ręce i realizacji postawionych celów a przede wszystkim, do bycia samodzielną. Jak? Tego dowiesz się po przeczytaniu posta. :)


Zachęcam do odwiedzin bloga Pauli oraz jej fanpage - tam również pojawia się sporo inspiracji!

_________________________________________________________

MAM 20 LAT I MAM PLAN


Tak naprawdę to mam już 30 lat (!). Spore doświadczenie w branży nieruchomości, nie byle jakie w przedstawicielstwie, rozwijające się w odnawianiu mebli i dobrą pamięć. Doskonale kojarzę siebie sprzed dekady i „mieć plan” wtedy oczywiście brzmiało zbyt dumnie. Ale coś się po tej mojej dojrzewającej głowie kołatało. W klasie maturalnej moja mama (niezwykle przedsiębiorcza i zaradna kobieta, samotna matka polka dwóch córek, bizneswoman) wyprowadziła nas z miasta na wieś. Po całym życiu spędzonym w bloku, pukałam się w czoło. I powstał pierwszy pomysł, jak tylko zdam maturę, idę na studia i do pracy na pół etatu, ale wracam do miasta, do Łodzi. Dopięłam swego. W pięć dni po egzaminach nabywałam doświadczenia w biurze. Wynajęłam od znajomej kawalerkę. Sytuacja była dla mnie idealna, ktoś miał puste mieszkanie, którego nie chciał sprzedać ani w nie inwestować i wynajął mi je po kosztach (czynsz plus opłaty), w tamtym czasie było to około 350 zł. Ale na podłodze spać nie chciałam. Z panieńskiego pokoju zabrałam kanapę, a resztę mebli.. Cóż. Przywlokłam ze śmietnika jakieś wyrzucone szafki kuchenne, kupiłam farbę i rachu ciachu miałam cudną zabudowę kuchenną:


Stary stół przemalowałam, dostawiłam dwa krzesła z odzysku i voila - powstał kącik jadalniany. Na gołych podłogach, jak dziś pamiętam, układam z najtańsze linoleum. Ściany pomalowałam. Do pokoju poza kanapą wjechało także pomalowane biurko. W przedpokoju brakowało szafy w zabudowie- jakiś problem? Znajomy matuli likwidował biuro i oddał mi szafkę stojącą na segregatory, ku być może Waszemu zdziwieniu, zamiast dokumentów wieszałam w niej ubrania, a w szufladach trzymałam buty. Taka byłam zaradna, a de facto miałam wtedy niespełna 20 lat. Jak widać byłam też dosyć ekspresywna jeśli chodzi o styl ubioru i szczęśliwa (dalej jestem) !.
W wynajmowanym mieszkaniu właściwie wszystko zrobiłam sama. W tym czasie wstawałam codziennie o 6 rano, zasuwałam na wykłady i ćwiczenia aby ok.13:00 przyjeżdżać do biura i po 19:00 być w domu. I tak to trwało kilka miesięcy, prawie rok.

POCZĄTEK CZYLI BAZA


Z pierwszej zarobionej prowizji i przede wszystkim z olbrzymią pomocą rodzicielki udało się kupić pierwsze „M”. Było to tak dawno, że rozkładową, 40 metrową kawalerkę można było „łyknąć” za 45 000 zł (czyli dzisiejszy koszt garażu w Warszawie). Mama wzięła sobie za punkt honoru aby remont w kawalerce przeprowadzić na wysoką nutę. Zdaje się, że cierpiała na jakiś niesmak z powodu moich poprzednich mebli ze śmietnika. Tamtej decyzji, o szalenie drogim remoncie nie rozumiałam, ale poddałam się całkowicie. Na drugim roku studiów zamieszkałam w nowiutkim mieszkanku. Trzeba była na te wszystkie, rosnące rachunki zarobić. Zrezygnowanie ze studiów nie wchodziło w grę, zmieniłam tryb na zaoczny i śmiało napiszę iż była to najlepsza decyzja w moim życiu. Po latach patrząc na swoje koleżanki, które studiowały dziennie, nie zazdrościłam im trudnego, zawodowego startu i braku jakiegokolwiek doświadczenia. Prawda jest taka, że śmiało mogły studiować zaocznie! I moje zdanie jest w tym temacie radykalne, poza bardzo ścisłymi, technicznymi kierunkami, jak medycyna, prawo, inżyniera, nie widzę sensu marnowania 5 lat życia na zdobywanie wiedzy z zakresu jak otworzyć puszkę bez otwieracza do konserw czy przeżyć za stypendium studenckie od 1-go do 1-go, bumelując po 15 godzin w tygodniu na uczelni. To moje zdanie, nie trzeba się z nim zgadzać. Gdybym mogła cofnąć czas, już od pierwszego roku byłabym na studiach zaocznych. Dzięki pracy na pełen etat, mogłam sobie pozwolić na więcej. Na weekendowe wyjazdy. Na zakupy. Na wakacje. Błędem, był brak jakichkolwiek chęci oszczędzania w tamtym czasie, ale rosła we mnie chęć mnożenia posiadanego kapitału. Wpadłam na pomysł prowadzenia internetowego sklepu z biżuterią. Sama ją wytwarzałam, administrowałam całym przedsięwzięciem, księgowałam, dorabiałam dzięki temu około. 400-600 zł miesięcznie. Jednakże sił starczyło mi na ponad rok. Praca od 9:00 do 17:00, tworzenie biżuterii (zdjęcia, opisy, wstawianie do sklepu, realizacja zamówień) 19:00-02:00 i zajęte weekendy dały mi do wiwatu. Ale co moje, to moje. Nauczyłam się wiele.

CHOMIKOWANIE, GROMADZENIE RUCHOMOŚCI


Po czasie już nie wszystko, co zarobiłam, wydawałam. Konsumpcyjny styl życia uległ pod presją nowej pasji, jaką okazały się meble. Zaczęłam za bezcen je skupować i odnawiać. Dla siebie. Wiedziałam, iż ta kawalerka to stan przejściowy. A w nowym mieszkaniu, które chciałam kiedyś kupić, nie wyobrażałam sobie zrobić wszystkiego pod linijkę. Zainwestowałam w to trochę kapitału, ale dziś wiem, że dobrze postąpiłam.
Na krótko wyjechałam z mojego miasta Łodzi. Podczas tego epizodu zdobyłam nowe doświadczenie zawodowe w przedstawicielstwie. Pojechałam za zrywem serca. I mimo popełnienia kilku błędów udało mi się też poczynić sukcesy. Poza nową branżą, której się uczyłam udało mi się nakłonić starego kawalera do zakupu pierwszej nieruchomości. To człowiek, który mieszkał w Paryżu, kilku miastach Kanady, Stanach, epizodycznie w Czechach, potem w Warszawie. Finał finałów wrócił do rodzimego Wrocławia. Nauczony jednak doświadczeniem, krótkotrwałych emigracji nie kusił się na zakup mieszkania. Po kilku miesiącach wytłuszczania zalet jego dobrej sytuacji (stała praca, plan pozostania we Wrocławiu) wyjaśniłam iż warto kupić mieszkanie i spłacać ratę niższą niż obecny najem! Gdyby naszła potrzeba wyjazdu, nieruchomość można wynająć i czerpać zyski z tego tytułu, które w innym miejscu przeznaczamy na swoją akomodację. Uwierzcie, nie było to małe osiągnięcie;) Od samego jegomościa nauczyłam się, czym jest budżet domowy i oszczędzanie, o tym za chwilę. Dodam w tym miejscu, że to przebranżowienie to arcyważny punkt w moim życiu. Pokazało, że warto być otwartym na nowe wyzwania i reasumując posiadać dwa „fachy” w zanadrzu.

Po niespełna dwóch latach, z bagażem doświadczeń i trochę z tarczą, a trochę na tarczy wracałam do Łodzi. Czekała na mnie moja kawalerka, którą w tym czasie wynajmowałam. A z jej wynajmu opłacałam mieszkanie we Wrocławiu. Taki układ idealny. Poczekałam grzecznie aż Najemcy zakończą umowę, męcząc się kilka miesięcy pod wspólnym dachem z matulą. Wróciłam w końcu na swoje stare śmieci.. I chociaż nie było mi źle, pogłębiałam doświadczenie zawodowe w nowej firmie w przedstawicielstwie, stać mnie było na dobre życie i dokładnie w chwili, w której to sobie uświadomiłam, zapragnęłam więcej. Nie pazernie, egoistycznie ale przyszłościowo. Przyzwyczaiłam się do nieco lepszego standardu mieszkaniowego we Wrocku i zaczęłam analizować. Mam dobrą pracę, mieszkanie, które mogę wynająć, ceny mieszkań relatywnie spadły, czemu nie wziąć kredytu na większą nieruchomość? Jak pomyślałam tak uczyniłam. Tym razem zupełnie samodzielnie. Znalazłam wymarzone M. Dwupokojowe. Wszakże nie stałam się nagle posiadaczką trójki psów i dziecka. Więc decyzja o zwiększeniu swoich czterech kątów była dopasowana do mojej sytuacji. Odradzam młodym ludziom, biorącym pierwszy kredyt, rzucanie się na główkę, do ….pustego basenu. Po co od razu kupować 3 czy 5 pokojowy apartament? Abstrahuje od sytuacji super warunków finansowych czy wsparcia ze strony rodziny. Na początek jednak, warto decydując się na kredyt, kupić po prostu mniejsze mieszkanie. Jest takie zresztą łatwiej wynająć i sprzedać! A kiedy nasz plan- bo zakładam mamy jakiś plan?:)- się powiedzie, zaczniemy więcej zarabiać, sprzedamy tą nieruchomość z hipoteką dla banku, biorąc kredyt na większe mieszkanie. Decyzje takie powinny być przemyślane i dostosowane do warunków oraz naszych możliwości. Przytoczę też pewną dygresję odnośnie najmu.

Najem moim zdaniem to świetny początek. Warto szukać w miarę możliwości okazji wśród znajomych. Często jak w moim przypadku, zdarza się, że ktoś ma puste mieszkanie, nie apartament i wynajmie nam je po kosztach. Pozwala to też, w przypadku par, sprawdzić się w prozie życia. Jednakże, jeśli po jakimś czasie, przyjmijmy roku, dwóch latach, nasza sytuacja jest stabilna, partner odpowiedzialny, kariera zawodowa przez nas obrana i systematycznie rozwijana, warto sięgnąć po rozwiązanie jakim jest zakup nieruchomości na kredyt. Tj. napisałam wcześniej, w przypadku jakiegokolwiek potknięcia, możemy ją zawsze wynająć i co do zasady sprzedać (tak, mieszkanie z hipoteką sprzedaje się tak samo jak bez żadnych obciążeń, po prostu osoba kupująca w dniu aktu dokonuje przelewu dla wierzyciela czyli banku kwoty pozostałej do spłaty a nam różnicy). Jeśli chodzi o wynajmowane mieszkanie nie warto wchodzić w koszty remontów, jeśli jesteśmy choć trochę zaradni, przedsiębiorczy z pewnością czeka na nas w przyszłości nasza własna nieruchomość. Gorąco zachęcam do kupowania rzeczy używanych, którymi świetnie można urządzić wynajęte cztery kąty.

Tak właśnie wyposażyłam mieszkanie kupione na kredyt. Po pierwsze, zanim skończyłam w nim remont łazienki już dałam ogłoszenie o wynajęciu kawalerki. Chciałam zachować płynność finansową i nie płacić naraz dwóch czynszów, plus rata, plus rachunki. Ponownie, ze spuszczoną brodą, na kilka tygodni wprowadziłam się do mamy. Zaoszczędziłam dzięki temu sporo pieniędzy gdyż automatycznie odeszło mi spłacanie raty i jednego czynszu (rachunki te pokrywałam od razu z uzyskanych z wynajmu przychodów). I nie dałam się zapędzić w kozi róg myślenia „no to teraz wszystko musi być nowe, robimy wersal”. Co to, to nie pomyślałam sobie. Po pierwsze chciałam normalnie żyć a nie biedować, po drugie nie zarabiałam kokosów żeby do wszystkich kosztów zakupu mieszkania (koszty notarialne z podatkiem i opłatami za wypisy kilka tysięcy, podatek od czynności cywilnoprawnych kolejne 2% wartości nieruchomości zaniesione w zębach do urzędu skarbowego) dołożyć sobie obciążenie kilkudziesięciotysięcznym remontem. A byłam sama. Żaden Mietek mi nie chciał sponsorować złotych klamek;)
W tym miejscu, moje chomikowanie, gromadzenie różnych mebli okazało się dosłownie zbawienne. Oczywiście przez lata życia na własną rękę zgromadziłam też inny asortyment rzeczy takich jak: ręczniki, garnki, lampki, kino domowe, telewizor, naczynia. To wbrew pozorom banały, ale odeszło mi kilka kolejnych tysięcy, których nie musiałam wydawać. Czekając na koniec remontu łazienki- było to niezbędne żeby użytkować nowe mieszkanie bez strat w ludziach- odnowiłam zgromadzone przez lata meble. A to szafę, na ubrania, a to bieliźniarkę, a to półkę, którą wykorzystałam jako szafkę pod TV, a to krzesła, fotele, stół, stolik kawowy, etażerkę, lustro (trochę się tego uzbierało przez dekadę- o wszystkich metamorfozach możecie przeczytać na moim blogu refreszing.blogspot.com). Tym sposobem do nowego mieszkania wniosłam swoje skarby i miałam kompletnie umeblowane mieszkanie. A gdzie łóżko, kanapa spytacie? Tutaj się kłania ostatni element mojej układanki.

BUDŻET DOMOWY, CZYLI JAK EXCEL RATUJE FINANSE


Jak wspomniałam, podczas krótkiego opuszczenia swoich włości i pomieszkiwania we Wrocławiu byłam kompletnie zdana na siebie. Miłość, za którą pojechałam, a która okazała się raczej przygodą i doświadczeniem, nie pozostawiła mnie jednak bez lekcji. Jedną z ważniejszych był budżet. Tak wiem, brzmi dumnie i bardziej firmowo, ale kto prowadzi ten wie, co zwykła tabelka i sumienność potrafi zdziałać. Cuda!


Od kilku lat prowadzę tabelę w Excelu (powyżej). Zawiera ona przychody i wydatki, stałe oraz ruchome. Od góry pokazuje mi saldo na początek każdego miesiąca (wyliczane również na końcu zestawienia), saldo uwzględniające sumę po odjęciu raty za kredyt. Dlaczego? Dlatego, że mając ratę na poziomie ok.1000zł (mam wysoką ratę z uwagi na wybranie raty stałej i zmniejszania się okresu kredytowania), nie mogę kończyć miesiąca z saldem np. 930zł Musi być przynajmniej na ratę i początek miesiąca do otrzymania pensji. Te 10dni każdego miesiąca również należy w tabeli uwzględnić, bo za coś trzeba żyć. Mój budżet prowadzę uwzględniając wspólne życie z partnerem, ale niejako osobno. Każde z nas posiada swoje konto i pilnuje wydatków, tych „związkowych”
i swoich własnych. Tak więc rachunki za mieszkanie widniejące w tabeli, to de facto połowa wszystkich rachunków, które opłacamy wspólnie, to samo tyczy się pozycji „życie”.

„Łatwo Ci powiedzieć, masz drugą nieruchomość, którą wynajmujesz”. W tym miejscu muszę dodać, że medal ma dwie strony. Po pierwsze, wcale nie było łatwo! Lata „młodości”, które część przyjaciół spędziła na Erasmusach, czy innych wyjazdach studenckich, ja zdecydowałam się spędzić ucząc się podstaw zawodu i kontaktu z klientem. Wiele poświęciłam, aby dojść do miejsca, w którym jestem aktualnie. Z drugiej strony, mam absolutnie świadomość tego iż nie wszyscy rodzice mogą sobie pozwolić na pomoc w zakupie pierwszej nieruchomości, ale to też nie była kwestia szczęścia tylko ogromu pracy mojej mamy i lat jej poświęceń. Kółko pracy i wyrzeczeń się więc zamyka.

Co zrobić kiedy nie ma się takich „warunków”, a chce się mieszkać na swoim?

No właśnie wynająć z partnerem mieszkanie, sprawdzić co się dzieje po roku, czy dwóch i wziąć kredyt. Wynajem ładnej kawalerki, dwupokojowego mieszkania to koszt ok. 1 500 zł miesięcznie, a więc po 750 zł na głowę. Tyleż samo lub mniej wyniesie Was kredyt mieszkaniowy wraz z opłatami, w szczególności jeśli załapiecie się na ulgi lub dofinansowanie.

Nie szaleć w bieżących wydatkach, a już na pewno nie wrzucać bezmyślnie pieniędzy na jedno konto, robić zakupy, bez wglądu w rachunki czy taką tabelę i potem kwiczeć 25-go;) Dla mnie idealnym rozwiązaniem jest moje konto prywatne i wspólne. Na wspólne konto wpływają stałe kwoty- przeznaczane na opłaty za mieszkanie oraz wydatki bieżące tzw. życie. Ja i partner monitorujemy je kilka razy w tygodniu. Stan konta pozwala nam obliczyć ile pieniążków zostało do końca miesiąca i czy możemy iść do kina lub na piwo. Moje prywatne konto, to moje prywatne wydatki jak rata, czy oszczędności. Dzięki takiej kontroli, unikam od lat tego panicznego stresu przed zalogowaniem się do systemu bankowości elektronicznej i szybkiego bicia serca, „O boże niech tam będzie jeszcze 200 zł!”. Serdecznie polecam, takie rozwiązanie.

Jeśli chcemy kupić kanapę lub wyjechać na wakacje, to zamiast wpłacać 500 zł na konto oszczędnościowe, załóżmy subkonto. Część środków wpłacajmy na poczet oszczędności, zaś część na dodatkowe dobro, o którym marzymy. Nauczy nas to sumienności. Łatwo podpisać umowę kredytową na wakacje, pożyczyć 5 000 zł, oddać 7 000 zł. Zupełnie inna satysfakcja i inny komfort snu mamy ucząc się planowania wydatków i oszczędzania. Nie obciążajmy się myśleniem: „ muszę mieć wszystko z salonu”. Wybierajmy rzeczy używane, meble, gdzie to możliwe. To długi temat, rzeka, zależny od bardzo indywidualnych sytuacji. Jednakże, jeśli nie ma rozwiązania, to nie ma problemu. Szukajcie więc rozwiązań ;)

Na koniec dodam, iż do zakupu nieruchomości udało mi się też nakłonić przyjaciółkę, która powróciła, jak ja do Łodzi po krótkiej „emigracji”, przyszłą-niedoszłą Teściową, która całe życie spędziła w mieszkaniu komunalnym (z czynszem prawie 700 zł bez opłat!) i serdecznego kolegę mojego M., który po przyjeździe do Łodzi, wynajmował mieszkanie dość długo bez realnej oceny ponoszonych niepotrzebnie kosztów.
Życzę Wam słusznych wyborów i nie pchania się w niepotrzebne wydatki. Jak oszczędzać w urządzaniu mieszkania? Dowiecie się więcej na moim blogu.

Paula

12 komentarzy :

  1. Teraz zupełnie inaczej będzie mi się zaglądało na bloga Pauli! Super wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastyczny post. Pozdrawiamy Paulę, która dała nam sporo motywacji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja motywacja zdecydowanie wzrosła po przeczytaniu tego posta! :)

      Usuń
  3. Tak jak Magda pisze - inne spojrzenie na osobę, którą - przynajmniej ja - inaczej "widziałam" :-) Paula - w żaden sposób negatywnie :-)
    A w temacie - opisałaś to tak, że i ja namawiana przez Ciebie na kredyt brałabym w ciemno. Życie się układa - pewnie, że musimy mu pomóc - ale się układa! Trzeba mieć oczy dookoła głowy, samozaparcie, jakiś plan na siebie i swoje dalsze losy i heja!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedną konkretną rzecz o Pauli już wiemy - jest super handlowcem! :D

      Usuń
    2. No to pięknie, to ja się minęłam z powołaniem. Powinnam sprzedawać kredyty:)

      Usuń
    3. Dorota, poza starszym Panem z Wrocławia, pozostali namówieni na zakup nieruchomości nie kredytowali się. Sama do tej lichwy XXI przekonywałam się długo;)

      Usuń
  4. No jestem pod wrażeniem. Przeczytałam z zapartym tchem, bo muszę powiedzieć, że w dużej mierze czułam jakbym czytała o sobie :) Trochę inny miałyśmy start i inne doświadczenia ale podejście do finansów bardzo podobne. Nie wiedziałam, że jestem taka mądra ;) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten post nie jest napisany przeze mnie - napisała go gościnnie Paula z bloga http://refreszing.blogspot.com/. Ja także jestem pod wrażeniem jej osoby i ogromu mobilizacji. Cieszę się, że jest więcej takich osób. :)

      Usuń